piątek, 17 listopada 2017

Przecież ten post i tak nie ma sensu, nikt tego nie przeczyta.

Nie jesteś prawdziwym Polakiem, jeśli choć raz dziennie nie będziesz na coś narzekał. Latem tęsknimy za zimą, w czasie deszczu wchodzimy do domu z naburmuszoną miną, a jedynym komentarzem na pierwsze opady śniegu już niedługo będzie: ''ja pierdolę, opony do wymiany''.

Nawet jeśli  nie mamy czym się martwić, gdzieś pod skórą wyczekujemy momentu, w którym wszystko runie. Mijając uśmiechającą się osobę na ulicy, od razu zastanawiamy się, czy coś jest nie tak z naszym ubraniem, a wszelkie gesty uprzejmości odbieramy jako ironię.

Prawda? Czy to tylko moja przypadłość?


Wyczekiwanie nieszczęścia to jedno z naszych podświadomych hobby. Jeśli coś wydarzy się nam-piona, w sumie i tak się tego spodziewaliśmy, szach-mat, życie. Za to w wypadku naszych znajomych-czujemy dziwną ulgę, że nie musimy się z tym zmierzyć. I mimo tego, że szczerze chcemy wspierać drugiego człowieka, niechący robimy totalnie coś odwrotnego.

Jakiś czas temu miałam dość ciężki okres w swoim życiu i jedyne, czego potrzebowałam, to wrócić do względnej normalności. Wiecie, rozproszyć trochę myśli, znaleźć jakieś punkty zaczepienia, by udowodnić sobie, że nawet jeśli coś się zmienia, to tylko czyni nas bardziej odpornymi.
Moi najbliżsi spisali się na medal-opowiadali mi o swoich codziennych sprawach, odciągając uwagę od minionych wydarzeń. Co robili ci dalsi? Podczas przyjemnej rozmowy, nagle poważnieli, pytali, jak się czuję, rozdrapując raz po raz rany, które nie miały jeszcze czasu się zabliźnić. Wiem, że im zależało. Ale zamiast czuć się lepiej, zagłębiałam się tylko we wspomnieniach, od których chciałam się przecież uwolnić.

I tak źle i tak niedobrze.

Ostatnio mam trochę problemów zdrowotnych i przez leki, jakie zażywam, moja waga bardzo podskoczyła w górę. To dość popularny skutek uboczny. I mimo, że nadal wszystko jest w normie, przerzuciłam się na etap diety i ćwiczeń, by utrzymać fajną figurę i przede wszystkim wrócić do modelingu. Spoiler alert-właśnie dlatego nie robię ostatnio żadnych zdjęć. Po prostu się sobie nie podobam.

I się zaczęło.

-ale wiesz, że to nie ma sensu, póki bierzesz leki?
-po co liczysz te kalorie? wcześniej jadłaś to samo i nie tyłaś.
-ja to bym tak nie mogła po pracy biegać.
-weź się nie wygłupiaj.
-przecież to nie tuczy.
-to już w ogóle przestań jeść.

Trochę się z tego śmieję, pytam: ''człowieku drogi, czemu jesteś takim pesymistą''? Odpowiedź zawsze jest ta sama.

''Jestem realistą''.

I pomyśleć, że ja sama często tak się zachowuję.

Ale hej, głowa do góry. Jeśli nie słyszę tego, czego potrzebuję, powtarzam sobie codziennie:
-Gratuluję zawziętości.
-Bądź cierpliwa, nawet jeśli nie zrzucisz nadprogramowych kilosów, poprawisz kondycję.
-Powodzenia.

Automotywacja, tryb on.

Ale wczorajszy dzień trochę rozłożył mnie na łopatki.
Spotykając się z ogromną niechęcią mojego towarzysza a propos Organkowego koncertu, podałam chyba z pięć powodów, dla których uważałam, że wcale nie musi być tak do dupy. Jednym z nich była nowa szansa dla mnie, by zostać koncertowym fotografem-czyli jedno z moich maleńkich podrzędnych marzeń zostałoby spełnione.

Poszliśmy.

Ale sprzed barierek zostałam wyproszona przez, prawdopodobnie, ochroniarza. Myślę sobie-ki czort? Jeszcze przed chwilą rozmawiałam z właścicielem i otrzymałam zgodę na zdjęcia. Resztę załogi też na wszelki wypadek poinformowałam, by nie pomyśleli, że jakaś małolata chce sobie strzelić selfie z panem Tomaszem.

I co? I czujesz się, delikatnie mówiąc, jak idiota.
Tym bardziej, że po wszystkim, licząc na jakieś pozytywne słowo, słyszysz: ''to tylko zdjęcia''.

Kurczę, więc jednak bycie ''realistą'' to nie tylko polska sprawa.

Gdzieś tam wytrwale próbuję przechytrzyć los i unikać problemów, bądź stawiać im czoła. Praca, rodzina, życie prywatne, sztuka. Ba, próbuję się wręcz ''położyć'', zanim się ''przewrócę''. A potem okazuje się, że nie umiem, he he, wstać.

I mimo tego, że mam w sobie jeszcze mnóstwo dziecięcej radości, którą uparcie pielęgnuję, właśnie po to, by nie przejmować się maleńkimi upadkami i cieszyć się z drobiazgów, odzywa się moja-jak się okazuje-międzynarodowa, marudna dusza.

Somsiedzie, da se somsiad siana.

Potrzebuję maleńkiego zwycięstwa. Jakiegokolwiek dobrego słowa. A że zwykle mówimy ''coś się musi zmienić'', ale nie dodajemy do tego ''zacznę od zmiany siebie'', postanowiłam przełamać ten schemat.

Rodzinko, kocham Was, choć czasem wzajemnie się nie rozumiemy. Cieszę się, że mogę z przyjemnością przyjeżdżać do domu, gdzie zawsze czeka na mnie herbata i ciepły posiłek. Jestem wdzięczna za to, że tak często mogę na Was liczyć, że nigdy nie jestem zupełnie sama i przede wszystkim za świadomość tego, iż mam gdzie wracać.

Przyjaciółko, nawet jeśli do siebie nie dzwonimy, wiem że nam na sobie zależy. Cudnie jest myśleć o tym, że moje sekrety są bezpieczne i nie martwić się, czy za dwa lata Ci się nie odwidzi i nie napiszesz mi wiadomości na fejsie, że ''jednak zrywasz znajomość''. Jesteś dla mnie jak siostra.

Koledzy i koleżanki z pracy, mimo że czasem dajecie mi w kość i czuję się przy Was tak nieumiejętnie, jak to tylko możliwe, jesteście bardzo inspirujący i mimo mojego wiecznego pokerfejsa, gdzieś tam w głębi duszy trochę zazdroszczę Wam doświadczenia.

Czytelnicy, czytelniczki-dzięki, że poświęcacie swój czas na to, by przeczytać te kilka słów. Doskonale wiem, że w tym czasie moglibyście, na przykład, jeść pizzę, co jest dużo przyjemniejszym zajęciem. Chyba, że jecie ją w międzyczasie. Wtedy pozdrawiam dwa razy bardziej.

Partnerze, Ciebie akurat dzisiaj zamorduję, choć z drugiej strony trochę byłoby mi jednak szkoda.

Dupa do góry. Nie żegnam się. Nie przestanę robić tego, co robię. Potrzebuję jedynie trochę siły i motywacji, by robić więcej, niż jestem w stanie.


Bo na tym polega cały sęk rozwoju. Wymagaj od siebie tak dużo, byś nie mógł sobie niczego zarzucić.

Buziaki.