sobota, 16 września 2017

Byłam, zobaczyłam, umarłam-Czad Festiwal pełną parą

I już po urlopie. Z ogromnym spóźnieniem, ale jestem, piszę. Cieszę się, że znalazłam w końcu chwilę czasu na naskrobanie kilku słów na temat ostatnich wydarzeń. A działo się sporo. :)

Przede wszystkim-moja dwutygodniowa siesta okazała się być lepsza, niż sobie wyobrażałam. Kilka miesięcy temu planowałam to i owo, w międzyczasie wszystko szlag trafił i ostatecznie myślałam, że skończy się na leżeniu do góry brzuchem w moim rodzinnym domku. Jednak dzięki głupocie, odwadze i potrzebie zmian, wylądowałam na drugim końcu Polski, sącząc whisky do czwartej nad ranem przy akompaniamencie cudnej muzyki. Mowa o festiwalu Czad, na który, byłam przekonana, że w tym roku nie pojadę.

Ale od początku.

Line-up zachwycił mnie już na ''dzień dobry'', głównie ze względu na mnogość zespołów, które lubię-w porównaniu do ceny festiwalu, wszystko wypadło bardzo korzystnie. Co prawda, dało się tu dostrzec haczyk organizatorów, którzy godne uwagi kapele umieścili na co drugi dzień, przez co bardziej opłacało się kupić karnet, niż dwa pojedyncze bilety, ale jestem w stanie przymknąć na to oko. Biznes is biznes. I tak wypadli lepiej niż ostatni Orange Warsaw Festival na którym byłam. :D

15 sierpnia 

Urlop zaczął się raczej leniwie. No, pomijając fakt, że moja Weronika zadzwoniła do mnie o 11:00 informując, że za 20 minut wpadnie z całą zgrają na śniadanie. Oczywiście, byłyśmy umówione, ale dzięki kochanemu telefonowi, nie była w stanie się do mnie wcześniej dodzwonić, by uprzedzić że już czas na ogarnięcie swoich zwłok.
Po pysznej kawie ruszyliśmy w stronę Warmiolandii-teoretycznie przeznaczonej dla córeczki mojej przyjaciółki, jednak po zobaczeniu tych wszystkich huśtawek, zjeżdżalni i labiryntów, śmiem twierdzić, że bawiłam się tak samo dobrze, jak ona. :D
Po spaleniu 15000 kalorii na trampolinach przyszedł czas na spacer po starówce i pizzę w mojej ukochanej knajpce, poprzedzoną rozmowami telefonicznymi i witaniem każdego napotkanego psiaka.

Następnego dnia pojechałam do mojego domu rodzinnego naładować nieco baterie przed wyjazdem do Warszawy. Gdzieś tam w międzyczasie pojawił sie stres związany z podróżą do Dębicy, ale uparcie starałam się o tym nie myśleć.
Autobus do stolicy pojawił się punktualnie, przyjaciółka posłała mi buziaka na pożegnanie, a ja usadowiłam się wygodnie, czekając na czterogodzinną jazdę po wertepach. Miałam w planach czytanie książki i nowych numerów Tattoo Fest, a skończyło się na drzemaniu i słuchaniu muzyki. Czs minął mi wyjątkowo szybko. 
W międzyczasie złapała mnie migrena, prawdopodobnie związana bardziej ze stresem przed pierwszym spotkaniem z moim festiwalowym towarzyszem i tym, że nie zjadłam normalnego śniadania. Po dotarciu na miejsce przyszedł czas na obiad i szybkie ogarnięcie makijażu, który zdążył mi spłynąć przez deszcz.

O godzinie 19:00 umówiliśmy się na warszawskiej starówce. I mimo tego, że wiedziałam, kogo się spodziewać-przecież rozmawialiśmy tyle razy-i tak myślałam, że zejdę na zawał.

Tętno 400/800. Przypominanie sobie, czy ja właściwie potrafię mówić.
Papieros numer jeden. Wchodzę po schodach. Rozglądam się. Wokół mnóstwo ludzi, żadnej znajomej twarzy.
Papieros numer dwa. ''Jestem tu. Ubrana na czarno. Moja towarzyszka wygląda jak warszawski Saiyan''. Zaczynam się śmiać ze swojego stresu. Siadam na murku. Papieros numer trzy.
''Odwróć się.''-czytam.
Cały stres odpływa. Przecież to ten sam człowiek, z którym rozmawiałam od miesięcy, ten sam z którym pracowałam przy wydaniu pierwszej książki (której projektu nigdzie nie wstawiłam, ostatecznie). Podchodzę. Przytulam. Odpalam kolejnego papierosa i rzucam propozycją wypicia czegoś mocniejszego dla rozluźnienia atmosfery i uspokojenia mojego mózgu.

Jeden drink przerodził się w dwa, a godzinne spotkanie w czterogodzinny spacer po starówce, okraszony żarcikami, komplementowaniem mojego śmiesznego angielskiego akcentu i spaleniu 400 fajek w ciągu minuty. Do domu wróciłam przeszczęśliwa, nie mogąc doczekać się jutrzejszego wyjazdu do Dębicy.

22 sierpnia 

Zieeeew. Prawie nie spałam tej nocy. Nie wiem, czy to przez stres, emocje, nowe miejsce, czy wszystko naraz. Generalnie ciężko mi się było zwlec z łóżka, tym bardziej że nie miałam zielonego pojęcia, czy dostanę się na Zachodni na czas, ze względu na korki. Jednak jak zwykle martwiłam się na zapas, mój towarzysz ogarnął wszystko poprzedniego dnia, więc zostało nam tylko czekać na autobus do Dębicy. Mieliśmy tylko jedną jedyną przerwę przez 6h jazdy. Mój tyłek błagał o chwilę spaceru, dlatego gdy wysiedliśmy na miejscu, prawie ucałowałam ziemię, nie dowierzając w fakt, że J wytrwał 22h w busie do Polski. A mógł lecieć samolotem.

''No dobra, i co teraz?'', zapytałam.
Google maps strasznie robiło nas w konia, pokazując, że do hotelu jest coś pomiędzy trzema minutami drogi, a godziną, z potrzebą wynajęcia promu.
Ostatecznie stwierdziłam, że najrozsądniejszym wyjściem będzie podjechanie na dworzec główny. Stamtąd dzieliły nas już dosłownie 4 kilometry do hotelu. Będąc leniwymi ziemniakami, zamówiliśmy taksówkę.
Zatrzymaliśmy się w Domu Agaty-urocze miejsce, z dala od zgiełku, w pięknej okolicy. Po rozpakowaniu rzeczy i zameldowaniu się w pokoju ruszyliśmy na podbój okolicznych sklepów. Na miejscu byliśmy z powrotem o 19:00. Obiecaliśmy sobie dobrą pizzę i najnowszy odcinek Gry o Tron. Yaaay. Wieczór minął w bardzo przyjemnej atmosferze. Następnego dnia czekało nas już tylko błogie lenistwo.

♥ 23 sierpnia 

Ten dzień zainteresował mnie głównie ze względu na Bastile i Billy Talent. J z kolei był zainteresowanym naszym polskim Acid Drinkers, ale ostatecznie rozleniwienie nas pokonało i nie byliśmy w stanie wyjść z hotelu przed 16:00. Słyszałam dużo dobrego o darmowych festiwalowych autobusach, jednak ze względu na to, że znajdowaliśmy się spory kawałek od centrum, musieliśmy działać na własną rękę. Mieliśmy mały problem z dotarciem na teren Areny, ostatecznie trafiliśmy tam w okolicach godziny 17:30. Po wymienieniu biletów na opaski i oklepaniu odzieży (o czym, szczerze mówiąc, zupełnie zapomniałam i musiałam się pożegnać z dwiema butelkami napoju </3) postanowiliśmy pozwiedzać i rozejrzeć się za jakimiś fajnymi miejscami na terenie festiwalu. Postanowiliśmy zainwestować w alkohol i ruszyć pod jeden z namiotów, by posłuchać Zebrahead.

Goth Jesus (dobra, wiem, że to nie dżizas, ale cicho)

Wcześniej nie miałam z nimi do czynienia-kilka dni przed Czadem przesłuchałam kilka utworów, by wiedzieć, czego się spodziewać. Jednak to, co zagrali na koncercie było dużo lepsze, niż wersje studyjne. Mnóstwo pozytywnej energii, genialny kontakt z widownią. Ludziom również udzielał się punkowy nastrój-połowa z nich była półnaga, druga-przebrana w urocze kigurumi. Nie zabrakło kurcząt, lwów i krokodyli, znalazł się nawet śmiałek na pontonie. Nie wiem, co sprawiło mi większą rachochę-oglądanie ludzi, czy słuchanie zespołu, który złożył urodzinowe życzenia jednemu z ochroniarzy i zorganizował konkurs na najdłuższe utrzymanie się ''na fali''. Nagrodą było oczywiście piwerko.


W szampańskich nastrojach postanowiliśmy kontynuować zwiedzanie. W międzyczasie, niechcący, trafiliśmy na koncert Nocnego Kochanka, którego nigdy nie byłam w stanie słuchać z własnej woli, ale byłam w tak dobrym humorze, że dałam im szansę.

foto: Piotr Kozioł (źródło)


Po spaleniu kolejnej paczki papierosów zaczęliśmy się rozglądać za sklepem-ku mojej radości, podobnie jak na OWF, pojawiła się tu strefa dla palących. Pełna optymizmu wchodzę do namiotu i zostaję zapytana o dowód. KTO, KURNA, ZABIERA DOWÓD NA FESTIWALE? Ostatecznie papierosy musiał kupić J. Przynajmniej on wyglądał wystarczająco dojrzale. :D

Została godzina do koncertu Bastille. Wiedziałam, czego się mniej więcej spodziewać, gdy widziałam ich po raz pierwszy, ale i tak byłam podekscytowana, bo naprawdę lubię ten zespół. Pod sceną zaczęło się zbierać coraz więcej ludzi. Co najlepsze-nie było ścisku. To było dla mnie największe zaskoczenie. Każdy miał kawałek miejsca dla siebie, mimo tłumów.

Brytyjczycy zagrali największe hity, zaczęli od najbardziej znanego ''Flaws''. Nie mogło zabraknąć oczywiście tanecznego ''Icarusa'', czy emocjonalnego "The Draw'', podczas którego zaczął padać deszcz.
foto: Piotr Kozioł (źródło)


Nagle usłyszałam pierwsze takty ''Fake it'' i w pełni poczułam niesamowity klimat tego koncertu. Praktycznie całą piosenkę przesłuchałam, stojąc z zamkniętymi oczami, wtulona w swojego towarzysza, nucąc tekst. W końcu nabrało to dla mnie znaczenia-wcześniej bowiem nie przepadałam za tym utworem. Ciężko było mi się przekonać do nowej płyty.


Ludzi przepełniała pozytywna energia, może częściowo i wzruszenie. Szczególnie, że chłopaki pozwolili sobie na kilka wersji akustycznych znanych już utworów-między innymi cover ''No Angels'', którego nie słyszałam na poprzednim koncercie.
Po kilku lirycznych piosenkach przyszedł czas na rozruszanie widowni-a co poradzi sobie lepiej, niż cover ''Of the night''? Podobnie jak dwa lata temu, słuchaczy zaangażowano do skakania w rytm muzyki. Nie obyło się bez odśpiewania całego utworu.
Po raz kolejny byłam zachwycona umiejętnościami wokalnymi Dana i dojrzałością, z jaką Brytyjczycy podchodzą do muzyki. Na pochwałę zasługuje również nagłośnienie-nie wiem, kto się nim zajął, ale zrobił kawał dobrej roboty.
Tłum, jak można zauważyć na nagraniu poniżej (link), był mega zaangażowany w ponowne, ciepłe powitanie Bastille w Polsce. Nie zabrakło listów gończych trzymanych przez fanów podczas wykonywania ''Laury Palmer'', czy zabawnych transparentów zachęcających do rzucania kostek w publiczność.

J niestety przeziębił się kilka dni wcześniej, dodatkowo oboje byliśmy przemoczeni i rozgrzani po koncercie. Minęła godzinka, do Billy Talent została kolejna, a temperatura drastycznie spadła w dół. Zmęczenie zaczęło dawać się we znaki, czułam, że kolejnego dnia będę chora, a i J mimo udawania twardziela wyglądał, jakby miał gorączkę. Ostatecznie opuściliśmy koncert i udaliśmy się do hotelu. Po kąpieli oboje padliśmy jak kawki.


♥ 24 sierpnia 

Dzień drugi opuściliśmy.
''No, fajni festiwalowicze'', pomyślicie. Ale tak naprawdę nic tego dnia mnie nie zainteresowało, a bardzo chciałam znaleźć jezioro. Ostatecznie usadowiliśmy się w parku pod drzewem, słuchając muzyki i jedząc lody. Czysta definicja chilloutu. W połączeniu ze spaniem do późna-czułam się naprawdę dobrze. No, pomijając okropny ból zatok i kręgosłupa. Ten dzień poświęciliśmy głównie na regenerację, uzupełnienie stężenia alkoholu we krwi, przytycie 10kg po kolejnej pizzy i nadrobienie zaległości z Gry o Tron. Yay.


♥ 25 sierpnia 

Urlop rozleniwił mnie na 200%. Leniwe śniadanko, gotowanie ograniczone do minimum. Na festiwal ruszyliśmy dopiero ok. 19:00, bo zainteresował nas głównie Blind Guardian i Offspring. Oba z nich poznałam w czasach gimnazjum i mimo że nie słucham ich zbyt namiętnie na co dzień, pomyślałam że nie mogę przepuścić okazji, by zobaczyć ich na żywo.
Frekwencja na koncercie Guardianów była naprawdę imponująca. Koncert zaczął się dynamicznym ''The ninth wave''. Hansi mimo pięćdziesiątki na karku wciąż ma mnóstwo energii i kopie tyłki. Po dwóch utworach, których, szczerze mówiąc, nie znałam wcześniej, pojawiło się moje ukochane ''Nightfall'', które przywróciło mnóstwo wspomnień. Niedługo potem nadszedł czas na niesamowicie klimatyczne, folkowe ''A past and future secret'', podczas którego wszyscy usiedliśmy na ziemi, obejmując się jak jedna, wielka kompania słuchająca opowieści barda. Według mnie-jedna z najbardziej magicznych chwil z całego festiwalu. Powolutku zaczęło się ściemniać, w ruch poszły zapalniczki (nie latarki w telefonach!). Tutaj też Kürsch wykazał się niezwykłymi umiejętnościami wokalnymi.


Niezwykle...elfickie rytmy zostały za chwilę zastąpione fantastycznymi bębnami w utworze ''Another Holy War'', który na żywo brzmi dziesięć razy lepiej, niż w wersji studyjnej.
Guardiani bardzo sprawnie poruszali się między ostrymi, metalowymi riffami, a pięknymi, akustycznymi balladami. Nie mogło oczywiście zabraknąć ''The Bard's Song'', rodem ze świata fantasy oraz jednego z najlepszych utworów Niemców-''Imaginations from the other side''.
Jednym słowem-ja, oraz wiele innych festiwalowiczów, uważamy, że koncert Blind Guardian był zdecydowanym faworytem wśród gwiazd Czadu.

foto: Piotr Kozioł (źródło)

Tym razem postanowiliśmy nie poddać się kłopotom ze zdrowiem i wytrwać do końca dnia. Nastroje dopisywały, w międzyczasie skoczyliśmy po kolejną dawkę alkoholu i kalorii, wygłupiając się na świeżym powietrzu. Ach, jaki to był cudny czas.  Brzuch bolał mnie ze śmiechu, gdy J zaczął udawać Włocha.

23:00! W końcu! Pod sceną ponownie zebrał się tłum ludzi, czekających na The Offspring. Wszystkim dopisywał świetny humor, wszędzie byłam w stanie dostrzec roześmiane twarze. Panowie zaczęli koncert utworem ''You're gonna go far, kid'', zaraz po nim poleciały kolejne hity, takie jak ''Come out and play'', czy ''Why don't you get a job'', które po prostu trzeba było odśpiewać razem z wokalistą. Wydaje mi się, że podczas koncertu Amerykanów fanów było najwięcej. Jednak...nie oszukujmy się-wygrał sentyment, nie dobry technicznie gig. W porównaniu z Guardianami zespół wypadł raczej słabo, Dexter mimo podobnego wieku, nie ma już tej samej energii, wokal też pozostawia wiele do życzenia. Niemniej-setlista była wprost wymarzona-nie zabrakło również jednego z najbardziej znanych ''Pretty fly'', przy którym wszyscy zaczęli tańczyć-ze mną na czele, oczywiście. Niestety, koncert zakończył się bez bisów.

foto: Romana Makówka (źródło)

Pełni energii ruszyliśmy w poszukiwaniu kolejnych gigów, jednak teń dzień zamykały housowe rytmy, które nie do końca były w naszym guście, więc powolutku człapaliśmy w stronę hotelu, słuchając muzyki. To był zdecydowanie bardzo udany piątek.

♥ 26 sierpnia 

Alestorm! Moja piracka dusza pragnęła zobaczyć Szkotów po raz kolejny. Niestety, ja i J jesteśmy fantastyczni, jeśli chodzi o gubienie się w terenie. Zawsze wiedzieliśmy jak wrócić do hotelu, jednak na teren Areny za każdym razem szliśmy inną drogą. Tym razem złą. Na koncert dotarliśmy z dziesięciominutowym opóźnieniem. Niestety, mam wrażenie, że zagrali wtedy większość moich ukochanych utworów, bo późniejsza setlista była...po prostu w porządku.
Za to nie zabrakło im energii, humoru i hektolitrów alkoholu. Publika również mocno wczuła się w morskie klimaty, wszędzie można było dostrzec czarne flagi, tricorny i czarno-białe pasy. Poza moimi ukochanymi ''Nancy the tavern wench'' i ''Captain Morgan's revenge'' pojawiły się dwa utwory, których wcześniej nie znałam, a które obecnie są moimi faworytami.
Pierwszym z nich jest cover Taio Cruza-''Hangover'', który w moim odczuciu jest dziesięć razy lepszy od oryginału. Zresztą...sami posłuchajcie.

Kolejna piosenka, o której mówię, jeśli dobrze pamiętam, kończyła koncert Alestorma. W pierwszej chwili nie potrafiłam zrozumieć, czemu J prawie umiera ze śmiechu po usłyszeniu pierwszych wersów utworu ''Fucked with an anchor''...Zaraz potem, gdy Brytyjczyk wyjaśnił mi znaczenie refrenu, sama płakałam.


Koncert jednak pozostawił mi ogromny niedosyt. Zabrakło mi kilku utworów, choćby genialnego ''Pirate song'', do tego miałam wrażenie, że wszystko trwało strasznie krótko (tak, wiem, zapewne przez nasze spóźnienie). No i zaczął mi doskwierać ból zatok, stąd mój humor był raczej...średni. Postanowiliśmy ruszyć w poszukiwanie ciepłej kawy i zahaczyć o jeszcze jeden gig. Posłuchaliśmy chwilę Totentanz, którzy bardzo podpasowali J-owi, spaliliśmy kolejną paczkę papierosów, rozmawiając o morskich legendach i miejscowych, londyńskich creepypastach, po czym podreptaliśmy w stronę Monster Stage, gdzie akurat puszczano Muse. Humor znacznie mi się poprawił, gdy zaczęliśmy śpiewać nasze ulubione utwory, popijając pyszne cappuccino. Godzinę, albo nawet i dwie później stwierdziliśmy, że nie znajdzie się już nic godnego naszej uwagi-ponownie królowały housowe rytmy.

foto: Photo Augustyn (źródło)
♥ 28 sierpnia 

Tak, celowo pominęłam 27, ze względu na brak interesujących nas gatunków muzycznych. Totalnie nie pamiętam, co robiliśmy tego dnia, więc znając nas skończyło się na chillowaniu.


28 sierpnia wstaliśmy wcześnie rano, spakowaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i po krótkim kursie na dworzec główny, czekaliśmy na nasz autobus do Warszawy, z którego mieliśmy jechać do Pisza, do mojej mamy. Niestety, przez brak ogarniętości, okazało się, że bus odjeżdża z innego przystanku, na który już nie zdążyliśmy. Po krótkiej wizycie na dworcu, okazało się, że NIE ISTNIEJE ŻADEN BEZPOŚREDNI AUTOBUS ANI POCIĄG DO WARSZAWY. Ale że jesteśmy cwaną, polską cebulą (no, w połowie), postanowiliśmy uwierzyć internetowemu e-podróżnikowi i ruszyliśmy w stronę innego przystanku, z którego za dwie godziny miał wyjechać kolejny autobus do Wawy. W międzyczasie skoczyliśmy na romantyczne śniadanie do McDonald'sa. Dwie kawy później byliśmy nieco spokojniejsi.


To nie był dobry dzień. Wspomniane połączenie rzeczywiście istniało. Ba, nawet weszliśmy do środka. Jednak na miejscu okazało się, że bilety należało zarezerwować kilka godzin wcześniej. Stłumiłam przekleństwo, podziękowałam za informację. Spaliłam kolejnego papierosa i zaczęłam szukać kolejnego busa. 16:00. kolejne 3 godziny czekania. No cóż, dobre i to. Tym razem, po zdobyciu życiowego doświadczenia, postanowiłam zadzwonić od razu i zarezerwować nam miejsca.

-dzień dobry, chciałabym zapytać o najbliższe połączenie z Dębicy do Warszawy.
-godzina 16:00.
-świetnie, chciałabym zarezerwować dwa miejsca.
-mamy tylko jedno wolne miejsce.
-w takim razie dziękuję za informację, miłego dnia. *klik* NOSZ KURWA JEGO JEBANA W DUPĘ MAĆ!

J nauczył się kilku nowych przekleństw, a ja dopiero po spaleniu kilku papierosów byłam w stanie wymyślić plan...C. albo nawet i D.
Pożegnaliśmy się mentalnie z odwiedzinami u mamy i ponownie wróciliśmy na dworzec główny. Mój wkurw został jedynie podsycony przez bardzo ''uprzejmych'' kierowców autobusów miejskich. Ok-myślę-nie chcę tu utknąć. W międzyczasie dostałam wiadomość o istnieniu pociągu, który zawiezie nas do Olsztyna. No cóż, nie planowałam wracać tak szybko, ale dobre i to. Wchodzę do informacji.

-Pani kochana, błagam, niech mi Pani życie uratuje i powie, że taki pociąg istnieje, ja chcę do domu, mi się tu już nie podoba.

Kobieta okazała się bardzo zaangażowana, zaznaczyła mi nawet na bilecie, gdzie powinniśmy się udać, ile będziemy mieli czasu, jeśli chodzi o opóźnienia i przesiadkę i pokierowała na stację.

W taki sposób wylądowałam na chwilę w Krakowie, skąd czekała nas już tylko ośmiogodzinna jazda pociągiem do Olsztyna.

Po dotarciu na stancję spaliśmy jak zabici. Najlepszy wypoczynek ever.
Urlop oceniam...na jakieś 9/10. Czemu tylko tyle? Bo przydałby mi się jeszcze dodatkowy tydzień, by odpocząć po odpoczynku! :D
Jestem bardzo zadowolona z decyzji, jakie podjęłam, świetnie się bawiłam, spędziłam fantastyczny czas na drugim końcu Polski, a teraz...cóż. Jutro czeka nas kolejny koncert. Tym razem w olsztyńskim Andergrandzie. :)

A w listopadzie, jeśli buk (szef) da, czeka mnie mini urlop w Londynie. Oj, będzie wesoło.