czwartek, 24 lipca 2014

o Danii słów kilka

Woah, w tym roku mam chyba pierwsze prawdziwe wakacje (i ostatnie zarazem)! Tydzień temu udało nam się (to znaczy mi i M.) wyjechać za granicę, do Danii. Warto wspomnieć, że to był nasz pierwszy raz, stąd też nie obyło się bez stresu. Jeśli macie ochotę na spis przemyśleń dzień po dniu-zapraszam.

♥ 15.07.2014, wtorek, dzień 1 ♥
Dzień wyjazdu. Nawet wtedy nie było w stu procentach wiadomo, czy w ogóle się wyrobimy, ze względu na samochód. Niby torby spakowane, niby wszystko pozałatwiane, a jednak problemy z samochodem dały się we znaki i tylko czekałam na wiadomość odnośnie awarii absolutnej. Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne-M. dopiął wszystko na ostatni guzik i w okolicach 14:00 wyjechaliśmy do Szczytna na maleńkie zakupy (w końcu trzeba coś jeść w trakcie podróży). Mniej więcej po 16:00 ruszyliśmy w stronę Szczecina. Droga trwała potwornie długo-dobrze, że wcześniej załatwiliśmy nocleg w motelu, bo nie wiem, czy w ogóle mielibyśmy siłę na rozstawianie namiotu. Przez Toruń jechało się prawie godzinę (tak na marginesie, spodziewałam się, że to odrobinę ładniejsze miasto), sam Szczecin okazał się tragiczny odnośnie jazdy samochodem. Na miejscu byliśmy grubo po północy-marzyłam już tylko o prysznicu i łóżku. Początkowo zdenerwował mnie brak ciepłej wody, ale problem szybko rozwiązano. Padliśmy po kilku minutach. Ciężki dzień.

♥ 16.07.2014, środa, dzień 2 ♥
Wstaliśmy dość wcześnie rano i po ponownym tankowaniu ruszyliśmy w kolejną część trasy-ostatnią, choć najdłuższą.

Po przekroczeniu granicy nastąpiło moje zdziwienie-zawsze myślałam, że gdy wjeżdża się do innego kraju, widać jakieś wielkie szyldy, fanfary, nie wiem, cokolwiek, a tu tylko jedna, mała tabliczka. Jedyne, co zmieniło się po wjechaniu do Niemiec, to...drogi. Nie przepadam za tym krajem, ale trzeba przyznać, że jeździ się u nich o wiele lepiej, niż u nas. Pomijając jedynie pierwsze, łaciate 50 km, reszta dróg jest bez zarzutu:

Niby nie było niewygodne, ale dość śmiesznie to łatają.

Jeśli dobrze pamiętam, gdzieś w okolicy Pasewalk zrobiliśmy postój. Praktycznie przez całą drogę, co kilkanaście km były tam dostępne parkingi-nie takie, jak u nas. Tam miało się kilka stolików i krzesełek pod daszkiem, bezpłatną toaletę, etc-jednym słowem wszystko, czego trzeba do kilkuminutowego postoju. Wszystko było czyste i schludne. Strasznie mi się to spodobało, bo mogliśmy po ludzku zjeść, zamiast próbować przygotować cokolwiek w samochodzie.


Niestety, wtedy też okazało się, że Orange za granicą nawala i zostałam pozbawiona możliwości pisania/dzwonienia, mimo ''interwencji'' w BOK. Włączył się stres nr 1.
Stres nr 2 miał miejsce, gdy jakaś Niemka zapytała nas o...w sumie nie wiem, o co pytała. Niemcy mają okrutnie niewyraźny akcent, gdy mówią po angielsku.

W Polsce nie ma tylu wiatraczków, co za granicą, przysięgam. Tam całe pola są nimi ''usiane''. 
I są ogromne. 

Bonusik-ja z wiatraczkiem.

Do Danii dojechaliśmy chyba w okolicach 17:00/18:00. W międzyczasie przeszłam załamanie nerwowe (nawet-nie-mogę-dać-znać-że-wszystko-w-porządku), ale później trochę się uspokoiłam, zaczęłam obserwować okolice i moje myśli popłynęły w inną stronę. Pierwsza myśl po opuszczeniu Niemiec? ''Boże, jak tu płasko''. W Polsce mamy masę wysokich drzew, lasów, pagórków-w Danii widoczność jest genialna, ale jednocześnie trochę uboga w roślinność. Płasko, płasko, płasko.

Na miejscu byliśmy chyba w okolicach 22:00. Zaczęło mi się tam podobać-kilkanaście metrów od domu rozciągał się fiord, który ''z góry'' (jeśli można tak w ogóle powiedzieć, hehe) wyglądał naprawdę imponująco. Po przepysznej obiado-kolacji, podobnie jak poprzedniego dnia, padliśmy praktycznie od razu.

♥ 17.07.2014, czwartek, dzień 3 ♥
Zaczął się w końcu dzień zwiedzania. Prawdę mówiąc był jednym z mniej owocnych, ze względu na to, że kompletnie nie mogliśmy połapać się w ruchu drogowym (Duńczycy mają jakiegoś fioła na punkcie przepisów drogowych-wystarczy, że jedziesz o 2km/h za wolno i już cię wyprzedzają), GPS też momentami wariował. Niemniej udało nam się dotrzeć do Als Odde-ja oczywiście miałam radochę, bo dużo wody.









Wracając, zahaczyliśmy o (chyba) najwyższe wzniesienie w całej Danii. :P



Ostatnim miejscem, jakie zobaczyliśmy tego dnia, był uroczy zameczek, który wzięliśmy za zabytek. Nie znając duńskiego, nie mogliśmy mieć pojęcia, że to (chyba) teren prywatny. Ale też było fajnie. :D



Wieczorem uskuteczniliśmy romantyczny spacer brzegiem fiordu. Mewy strasznie się darły za każdym razem, jak próbowaliśmy zrobić zdjęcie, co poprawiło mi humor do końca dnia.





♥ 18.07.2014, piątek, dzień 4 ♥
Ten dzień podobał mi się okrutnie. Okazało się, że w piątek wejście do pewnego obiektu jest całkowicie za darmo-aż żal nie skorzystać! Przed południem byliśmy na miejscu, w Gammel Estrup. Miejsce jest niesamowite-było tam sporo ludzi, ale obiekt jest tak ogromny, że w ogóle się tego nie odczuwa. Ogrody? Rodem z ''Alicji w krainie czarów''. Przepiękne miejsce na sesję.









Wracając, postanowiliśmy rozejrzeć się po mieście, w którym się zatrzymaliśmy-Hadsund. Ja, jako zapalona piratka miałam radochę patrząc na różnego rodzaju żaglóweczki-co prawda liczyłam na statek, ale i to dobre. Tego dnia potwornie bolały mnie stopy-nie wiem, ile kilometrów zrobiliśmy, ale buty odpłaciły się otarciami.



♥ 19.07.2014, sobota, dzień 5 ♥
Tego dnia postanowiliśmy pospacerować po mieście, które wydało mi się jednym z najbardziej atrakcyjnych w Jutlandii-Århus. Głównym celem stała się katedra. Byłam trochę skrępowana swoim strojem (mimo tego, że kościoły nie są mi bliskie, uważam, że krótkie spodenki są trochę nie na miejscu), ale okazało się, że w środku są tylko turyści, w strojach nie lepszych od mojego.





Również w Århus postanowiliśmy rozejrzeć się w okolicach portu.





Wiecie, w Danii panują trochę inne zwyczaje, niż u nas. Głównym środkiem transportu jest rower-jeżdżą wszyscy-mali, dorośli i starsi. Naprawdę, nawet 60-letnie kobiety śmigają, aż miło popatrzeć. Każdy jest uśmiechnięty i uprzejmy. Zdziwiło mnie to, że tych rowerów w ogóle nie zabezpieczają. Po prostu zostawiają je gdzieś w mieście i nikomu do głowy nie przyjdzie, by taki rower zniszczyć, czy ukraść. Strasznie mi się to podobało.
Kierowcy bardzo szanują turystów-tam nikt nie zwraca uwagi na przejścia dla pieszych-ludzie chodzą jak chcą, a jadący samochodem grzecznie czekają, aż przejdziemy przez ulicę. W Polsce byłby za to nieziemski mandat, a tam?

♥ 20.07.2014, niedziela, dzień 6 ♥
Ten dzień był jednym z najbardziej udanych, podobnie jak poniedziałek. Udaliśmy się do Ålborg w celu zobaczenia kolejnej katedry. Niestety, nie udało nam się wejść do środka.



W międzyczasie pochodziliśmy po mieście, które okazało się być jednym z najładniejszych, w jakim byliśmy. Tego dnia było okrutnie gorąco, więc nawet fontanna przy kościółku była dla mnie wytchnieniem.









Niesamowite jest też to, jak ludzie tam się zachowują. Przypomniało mi się, gdy widzieliśmy grupkę młodych ludzi, siedzących (prawie) na środku ulicy. Pili wino i rozmawiali. Gdy po jakimś czasie odeszli, zobaczyliśmy, że zostawili jeszcze sporo trunku w butelce i odstawili go gdzieś na ławeczkę. Dla innych. Przepaść mentalna między Polakami a Duńczykami jest dość duża (Co nie oznacza, że jestem zachwycona tymi drugimi. No, chociaż ci wszechobecni blondyni... ;))

Najlepszym punktem całego dnia, była podróż do Skagen. Tam zobaczyliśmy piękną latarnię morską (niestety, nie udało nam się tam wejść, zabrakło nam 10 koron).


Dla mnie absolutnie cudowne okazało się morze-a raczej dwa morza (Bałtyckie i Północne?), które stykają się ze sobą. Duńczycy nazywają to miejsce Skagens Grenen. Droga do cypelka trwała kilka kilometrów, ale widok był niesamowity.



 prześliczne muszelki, które zabrałam do domu <3

 rozwaliła mnie ta tablica. podpisy oczywiście nie nasze, ale Polacy wszędzie dotrą. :D

Ja oczywiście nie wytrzymałam i musiałam wskoczyć do wody, mimo tego, że nie miałam na sobie ani stroju kąpielowego, ani ciuchów na przebranie. Trochę przeraziły mnie pływające meduzy (tak na marginesie, są obrzydliwe, według mnie), ale na szczęście można je było znaleźć tylko przy skałach. Małe kraby też widzieliśmy.


Postanowiliśmy wracać do domu, bo droga była potwornie długa. W międzyczasie zaszliśmy do jednego ze sklepów (woda strasznie wzmaga apetyt, a ja od kilku dni miałam ochotę na chipsy). Pominę może to, że wcale nie były tak pikantne, jak pisali, ale...kurna, do tej pory nie mogę przeżyć cen w Danii. Za paczuszkę 130g zapłaciliśmy, uwaga... 20 koron, co daje jakieś 10 zł w przeliczeniu na polskie. Polaku, nie jeździj do Danii, jeśli nie chcesz tam pracować i nie masz wystarczająco dużo kasy.

Wracając, zahaczyliśmy o Frederikshavn i o kolejny kościółek (i kolejną kotwiczkę). Cyknęłam kilka zdjęć i już zamierzaliśmy wracać, gdy zatrzymał nas starszy pan. Opowiedział nam historię kościoła, rzeźby, swojego życia i miasta. Potem rozgadał się na temat polityki i swojego kraju-Duńczycy naprawdę są patriotami.




To był jeden z najlepszych dni w Danii.

♥ 21.07.2014, poniedziałek, dzień 7 ♥
Tego dnia strasznie chciałam zajechać do ARoS-to muzeum sztuki z jedną z najsłynniejszych panoram. Na pewno widzieliście zdjęcie autorstwa Iness Rychlik. Ono było robione właśnie tam.


Niestety, akurat w poniedziałek było zamknięte i musiałam z niego zrezygnować.
Za to znaleźliśmy świetną alternatywę-kolejną, tym razem zasypaną latarnię morską w Løkken. Było przepotwornie gorąco, stopy bolały mnie po poprzednich dniach, ale udało nam się dotrzeć na sam szczyt-i warto, bo widoki były nieziemskie. I jestem w stanie zaakceptować nawet parzący piasek, poranione stópki i spalone słońcem plecy.











 chciałam wejść na samą krawędź, ale było naprawdę wysoko...


♥ 22.07.2014, wtorek, dzień 8 ♥
Dzień powrotu. Postanowiliśmy wyjechać jak najwcześniej, żeby uniknąć sytuacji sprzed tygodnia. O 6:00 byliśmy już w drodze. Wszystko przebiegało bardzo sprawnie, po trzech godzinach byliśmy już w Niemczech, gdy...150 km od Polskiej granicy samochód po prostu padł. Włączył się stres wszystkich stresów-cała nadzieja w M. Na szczęście po 10 minutach ruszyliśmy w dalszą trasę.

Po drodze zrobiliśmy kilka postojów, zrezygnowaliśmy też z noclegu w okolicach Torunia, bo strasznie chcieliśmy być już w domu, a i pieniądze, które mieliśmy wydać na kwaterę, poszły ostatecznie na paliwo.
W domu byliśmy po północy. Po niemal 20 godzinach jazdy byłam strasznie szczęśliwa, że mogę się już położyć we własnym łóżku. Następnego dnia wstałam dopiero o 12:00.
Teraz pozostały nam jedynie wspomnienia, 4gb zdjęć i chęć zwiedzania innych krajów. Może w przyszłym roku uda nam się pojechać gdzieś jeszcze? Oby! :)

Za to i w Polsce można się dobrze bawić. Wczorajszy dzień minął pod znakiem lodów kokosowych, filmu i snu. Dzisiaj było jeziorko, w niedzielę dziabanie kruczka. Wszystko idzie zgodnie z planem. Czeka mnie tylko przerabianie 100 zdjęć z ostatniej sesji...Och, masa roboty, idzie jak krew z nosa.

Jedyne, co nie ma się dobrze, to moje snejki. Znów zaczynają się babrać. Lewa strona nie chce się goić, mimo pielęgnowania. Nie wiem, co robić. Trochę szkoda ich znów wyjmować, no ale-jak się nie poprawi, nie będzie innego wyjścia.

Tymczasem...trzeba wziąć się do roboty. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Problemy, sugestie?