piątek, 26 września 2014

Koncertowa relacja: Alestorm

O matko, piszę tę notkę z bólem wszystkich możliwych mięśni i buntującą się skronią, ale czego się nie robi dla czytelników... :) Dzisiaj pierwszy wpis, który otwiera całą serię, jaką zamierzam uskutecznić.

 Koncert: Alestorm
24.09.2014, Proxima, Warszawa
Jak już powszechnie wiadomo, kocham wszelkie pirackie motywy, morze, statki i szanty, stąd też od razu, jak dowiedziałam się, że szykuje się koncert Alestorma (a było to jakiś miesiąc/dwa miesiące temu), wiedziałam, że nie mogę tego odpuścić.

Akurat tak się szczęśliwie złożyło, że byłam akurat po dziabaniu konturu kruka i sądziłam, że na wypełnienie będę i tak sporo czekać, więc finansowo się wyrobię. Wystarczyło tylko zadzwonić do M. i podzielić się swoim entuzjazmem. Tak, w tym związku to ja wyszukuję imprez.

Bilety zawsze zamawiam z ticketpro, bo mają najtańsze i najszybsze przesyłki. Później pozostało już tylko czekanie.


Jednak dokładnie tydzień przed koncertem zdążyłam się zarazić-ot tak, z dupy, nie wychodząc z domu, załapałam jakiegoś wirusa i zaczęło się od bólu gardła, przez kaszel, a skończyło na zatokach. Zaczęło się wyszukiwanie domowych sposobów-inhalacje, picie mleka z miodem i czosnkiem, herbaty ziołowe, kąpiele, etc, ale ostatecznie sięgnęłam po leki, które znalazłam u siebie w szafce. Mam głupią manię chomikowania lekarstw, a że rok temu przechodziłam dokładnie przez to samo, wiedziałam, co może mi pomóc. (Nawiasem mówiąc, nie pomogło w jakimś super stopniu, ale ogarnęło mnie na tyle, że przestałam zastanawiać się nad zrezygnowaniem z koncertu).

Nie będę mówić za dużo na temat ranka, który był dość nerwowy-podróż do Warszawy minęła bardzo szybko, późniejszy dojazd również nie sprawił jakichś kosmicznych problemów (no, poza nieznajomością przystanków). Mój nos w międzyczasie trochę się buntował, ale miły wieczór sprawił, że następnego ranka, mimo wszystko, wstałam w dobrym humorze i, o dziwo, bez bólu zębów (normalka przy zatokach).

Z dojazdu do Proximy byłam dumna, bo przy moim poziomie ogarniętości komunikacyjnej byłam pewna, że spotkamy po drodze jakieś problemy. Na szczęście wszystko poszło sprawnie i przed klubem byliśmy kilka minut wcześniej niż planowaliśmy.

Sam klub wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Czyste, zadbane toalety, pracownicy szatni nie czekają na oklaski i fanfary, dzięki czemu już po chwili byliśmy, że tak powiem, załatwieni i mogliśmy rozejrzeć się po obiekcie.

Jak na razie, to chyba będzie mój ulubiony klub, mimo tego, że jest strasznie...mały. Mniejszy, niż Progresja, która wydawała mi się ciasna; Jednak możliwość oglądania koncertu na siedząco podbiła moje serce (już tłumaczę-z nosa mi kapało, co chwila kaszlałam, a i tak czekałam jedynie na Alestorm, więc nie czułam potrzeby skakania przy supportach). Zaraz obok był barek, sklepik i palarnia. Wszystko, czego potrzeba studentom, haha.

Koncert zaczął się punktualnie, co wprawiło mnie w osłupienie-mniej więcej od 7 lat chodzę na ''duże'' wydarzenia i pierwszy raz nie byłam świadkiem opóźnień.
Na pierwszy ogień poszedł Troldhaugen. Żadnego z supportów wcześniej nie znałam (bo wolę sprawdzić, czy dany zespół zainteresuje mnie na żywo) i wyżej wspomniany szczerze mnie zachwycił. Pozytywnie stuknięci ludzie. Bardzo dobry bębniarz i niezwykle charyzmatyczny wokalista. Koniecznie muszę się zapoznać z ich twórczością.

Następny był zespół, którego nawet nazwy nie pamiętam, bo zwyczajnie mnie nie porwał. Siedzieliśmy sobie z tyłu, odpoczywając. Ja z tego wszystkiego zapamiętałam jedynie przepiękne pióra gitarzysty. :D

Ostatnim z supportów był niemiecki Brainstorm. Szczerze mówiąc większość czasu przesiedziałam z Kotem w palarni, bo według mnie, byli po prostu...średni. Po trzech utworach wyszłam, żeby zregenerować trochę słuch (lubię stać pod sceną, a praktycznie zawsze trafia mi się miejsce zaraz przy głośnikach. :D). Może to wina długiego oczekiwania na główny zespół. Może zmęczenie. Sama nie wiem.

Po jakimś czasie zaczęło się robić tłoczno. Doszliśmy dość blisko do sceny i czekaliśmy na Alesto
m. Oczywiście, ze względu na mój wzrost musiałam co jakiś czas pałętać się między ludźmi, by znaleźć miejsce, w którym będę cokolwiek widzieć, ale na szczęście nie było tak źle.
Panowie zaczęli koncert utworem z nowej płyty, ''Walk the plank''. Tu, podobnie jak z supportami, pozwalam sobie przesłuchać nowe utwory, by wiedzieć, czy warto inwestować w płyty. Ten kawałek przypadł mi do gustu, podejrzewałam też, że nie zagrają nic ''starszego'' na ''dzień dobry'', za to niedługo potem rozległy się charakterystyczne dźwięki ''The Sunk'n Norwegian''-tu już pozwoliłam sobie pośpiewać.

 zdjęcie robione telefonem, stąd tak słaba jakość.

 Po kolejnym nieznanym utworze pojawiło się ''Over the seas''. Setlista coraz bardziej zaczynała mi się podobać, bo starsze piosenki przeplatały się z nowymi. Mniej więcej w połowie zagrali jeden z moich ukochanych utworów, ''Nancy the tavern wench'', czemu towarzyszył totalnie przepiękny, szantowy klimat i śpiewanie z tłumem. Za to po ''Pirate song'' zarówno ja, jak i wszyscy tam zgromadzeni, zaczęliśmy domagać się bezsprzecznie najlepszego utworu Szkotów-''Keelhauled''. Oj, tutaj zapomniałam totalnie o moich zatokach i niedawno wyleczonym gardle. :)

 kolejne w jakości ''cum''.

Na koniec poleciało ''Wenches & mead''-i już w tamtym momencie spełnili moje wszystkie wymagania co do doboru piosenek. Na szczęście mieli przygotowane jeszcze kilka utworów na bis-między innymi dawno (przeze mnie) zapomniane ''Wolves of the Sea'', czy ''Captain Morgan's Revenge'', do którego początkowo nie byłam przekonana, a które nuciłam jeszcze przez długi czas po zakończeniu koncertu. Głos Bowesa na żywo okazał się być dużo lepszy, niż w wersji studyjnej, a i kontakt z publiką był bardzo satysfakcjonujący. Dużo śmiechu, dobre nagłośnienie i brak ścisku, mimo ciasnej sali. Ostatecznie z klubu wyszłam przezadowolona i trochę głucha. :)

 nie mogło zabraknąć polskich trunków... :) <źródło>

Podróż do domu dłużyła się niemiłosiernie, w międzyczasie do autobusu wsiadła banda dzieciaków puszczających muzykę z telefonu, więc miałam w głowie plan zabójstwa, ale ostatecznie i tak miałam dobry humor, gdy w drodze słuchałam studyjnych wersji niedawno ''przeżytych'' utworów.

 ciekawe, kiedy zabraknie mi miejsca na lustrze :)

Dzisiaj, mimo strasznego bólu głowy i mięśni, psychicznie czuję się całkiem nieźle. Mam wrażenie, że nawet zatoki już mi tak nie dokuczają, a w uszach piszczy znacznie ciszej, niż wczoraj. I kto mówi, że muzyka nie leczy? :)

Btw, tym razem publicznie, raz jeszcze, dziękujemy za nocleg! :)
Teraz tylko siedzę i zastanawiam się nad następnymi koncertami...Początkowo chciałam wybrać się na Blind Guardian w przyszłym roku, ale teraz już nie jestem tego taka pewna. Myślę też nad napisaniem kilku słów na temat koncertów, które już miały miejsce. Jak myślicie, warto? Czy skupić się na świeżych/nadchodzących?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Problemy, sugestie?