czwartek, 18 września 2014

Pierwszy kruk usiadł na moim udzie!

Ludzie chcą, ludzie mają-dzisiaj fotorelacja ostatniego dziabanka i recenzja za jednym zamachem.

 Long John's Tattoo & Piercing
Marcin ''Stefan'' Stefaniuk
Oj, na ten tatuaż musiałam czekać bardzo długo. Przede wszystkim, pieniądze mi z nieba nie spadły (od stycznia oszczędzałam), a i o termin nie było łatwo. Projekt siedział w mojej głowie od samego początku i doczekał się jedynie jednej zmiany-dodania napisu, którego początkowo w ogóle nie miało tam być. Jedynym problemem było znalezienie odpowiedniego, wystarczająco ''dostojnego'' kruka-a raczej jego zdjęcia. Po kilkutygodniowym przeszukiwaniu internetu zrobiłam sobie w niecałe kilka godzin projekt, który dzisiaj znajduje się na mojej skórze.

Potem zaczęło się szukanie tatuażysty, który jest dobry w dziabaniu zwierząt-wiadomo, jeden specjalizuje się w oldschoolu, inny woli dotwork, jeszcze inny realizm. Myślę, że warto to wziąć pod uwagę, bo tatuaż to sztuka jak każda inna, i jak wielu artystów, tak wiele technik jej okiełznania.

Po poprzednich poszukiwaniach lokalnych tatuatorów od razu skierowałam się na Olsztyn. Tym razem chciałam ''wypróbować'' inne studio-Long John's. Oczywiście, zastanawiałam się też nad innymi, ale po obejrzeniu prac Stefana (którego chyba tylko ja w gronie moich wytatuowanych znajomych zwę po prostu Marcinem) stwierdziłam, że kruk będzie w dobrych rękach. Po wymianie kilkunastu wiadomości ustaliliśmy wstępny termin.

Niestety, później okazało się, że mi będzie potrzebna operacja prostowania przegrody, która kolidowała mi z terminem i trzeba było to później przekładać, wpisaliśmy się na sierpień, potem termin się zagubił...no, było trochę kombinowania, ostatecznie miałam się gdzieś ''wcisnąć''.

Stało się jednak tak, że wracaliśmy z M. z Danii i gdzieś w Niemczech dostaję sms-a o wolnym terminie na niedzielę. Jako, że wyjazd trochę zdarł mnie finansowo, zdecydowałam się tylko na jedną sesję. No i tak, a propos sesji, był to również dzień cykania dzieci (o, ta sesja), więc byłam zadowolona, że udało mi się załatwić wszystko za jednym razem.

Robienie konturu trwało szalone pół godziny i praktycznie nie poczułam bólu (prócz kilku momentów przy wewnętrznej stronie uda), a i moje ego zostało połechtane po pochwaleniu projektu. Gorzej było później, jak z zafoliowaną nogą i aparatem latałam po parku w Olsztynie w okropnym skwarze. :)

 backstage :)


Na wypełnienie kruczka miałam odezwać się na początku września i wprowadzić małą poprawkę w napisie, który początkowo był trochę za mały.

Szczęśliwie się zdarzyło, że już na początku września było wolne miejsce i razem z M. pojechaliśmy do studia. No, tu już nie było tak kolorowo, jak przy konturze, bo dziabanie trwało niecałe 4h, pod koniec moje udo było już totalnie zmęczone, ale mimo wszystko bardzo miło wspominam ten dzień-Marcin (Stefan) to bardzo otwarty na ludzi artysta, który czas spędzony na kłuciu umila rozmową. Rzadko zdarza mi się czuć swobodnie wśród obcych ludzi, więc możecie mi wierzyć, że nie ma się czego bać. :)
Ja jako klient poczułam się usatysfakcjonowana zarówno indywidualnym podejściem, jak i możliwością podpytania o to i owo, jako że kiedyś sama chciałabym się tatuowaniem zająć.

Ze studia wyszłam obolała, ale bardzo zadowolona. Kolejne dni obfitowały w hektolitry osocza i niemożność zaśnięcia na brzuchu, jednak odpowiednia pielęgnacja sprawiła, że tatuaż mam w bardzo dużej części zagojony już po dwóch tygodniach.


 to chyba dwa najbardziej ogarnięte zdjęcia. ^^

 a taki widoczek mieliśmy przed Long John'sem pod koniec dziabanka <3

Na przyszłość wiem, że muszę rozłożyć sesje trochę inaczej-za pierwszym razem bólu prawie nie było, za to przy drugiej było go aż nadto, stąd też pod koniec miesiąca zgłaszam się jeszcze na malutkie poprawki w sprawie czerwonego tuszu, którego skóra w paru miejscach nie przyjęła.

Jeśli chodzi o małe podsumowanie (dla tych, którzy przelecieli tylko przez zdjęcia (które, kurna, przez przypadek usunęłam i teraz są w jakości japierdole), a jednak chcieliby coś wiedzieć):
-studio czyste, ''narzędzia'' sterylne,
-tatuowanie umilone romową,
-bardzo sympatyczna atmosfera i dobra muzyka w tle,
-ból jak najbardziej do zniesienia-warto pamiętać, że to kwestia indywidualna i każdy odczuwa to inaczej. Osobiście najbardziej bolała mnie wewnętrzna strona i ''góra'' (im bliżej pachwin, tym gorzej). No i napis był dość ''kłujący''. :D
-rozsądne ceny-jak widać kruk jest dość duży, a jego koszt wyniósł 500 zł.
-o termin niestety ciężko, choć osobiście uważam, że im ciężej jest się dostać do studia, tym jest lepsze. Warto jednak iść do Long John'sa osobiście-jak się okazuje, nawał wiadomości na facebooku jest tak duży, że czasem trzeba długo czekać na odpowiedź.



i niżej update:

 Krucze poprawki
czyli kolejna wizyta w Long John'sie.
Śnieg zaczął dzisiaj padać, a co za tym idzie reumatyzm mi doskwiera, więc nie będę się jakoś mocno rozpisywać.
Jak już dużo wcześniej zdążyliście przeczytać, trzy godziny kłucia mojego uda okazały się być zbyt dużą ingerencją w moją skórę, stąd też w niektórych miejscach tusz nie został przyjęty. Po wygojeniu było widać sporo prześwitów w miejscu tła, oraz niedociągnięć przy samym kruku. Poza tym szarfa (do której Kot mnie przekonywał, że jest ok, że nie jest krzywo i tak dalej), zaczęła mnie jednak denerwować, więc stwierdziłam, że też idzie do poprawki.

Dziabanie nie trwało długo, sądzę że zajęło jakieś pół godziny. Jedyne, co było tego dnia niezbyt fajne to fakt, że nie mogłam zbyt szybko zdjąć folii i dać skórze odpocząć. Ale na szczęście nic się nie odparzyło, a kruk zagoił się już po tygodniu.

to tak jak gdyby ktoś się zastanawiał, jak wygląda gojący się tatuaż-
ból, swędzenie i schodzenie skóry identyczne jak przy poparzeniu słonecznym, nic strasznego.

Dobra, nie będę się rozwarstwiać, bo i tak czekacie głównie na zdjęcia:

w sumie to nie wiem, czy po prostu zimą skóra mi blednie, czy to znów kwestia światła... 

tutaj ładnie widać dopracowanie tła.

Także, ogółem, czekam na kolejnego kruka. Zastanawiam się też nad większą ilością czerni na obecnym, ale boję się że tatuażysta ma mnie już dość... :D
Cóż, zobaczymy.
Ludziki, kto za tydzień na koncert Alestorma?

10 komentarzy:

  1. Ja, ale do Wrocławia, a wcześniej ciachnę jeszcze Wrocławskie Spotkanie Gorsetowe :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny efekt końcowy. Dobra robota i projekt świetnie wykonany musiał być, bo inaczej nie powstałoby takie dzieło.
    A ja się po projekt z głoszę (ten z sercem, co miałam we wrześniu pisać) jak tylko finanse przybędą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Projekt był prawie taki sam, jak efekt końcowy. :)
      Zapraszam, ja ostatnio cały czas dziobię jakieś rysunki, żeby nie wyjść z wprawy.

      Usuń
  3. haha, mieszkam niedaleko tego studia tatuażu ;)) dobrze wiedzieć, że pracują tam ludzie zdolni i ogranięci, bo i ja w niedalekiej przyszłości planuję tatuaż.
    kruk przepiękny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety, tatuatorzy się zmieniają, więc warto zapamiętać imię i nazwisko, nie studio :)

      Usuń
  4. Piękny tatuaż.

    Czy możesz napisac o jakie studio w Warszawie Ci chodzi?

    OdpowiedzUsuń
  5. Łaaaaaaa. Jaram się Twoim tatuażem.

    OdpowiedzUsuń

Problemy, sugestie?