poniedziałek, 24 listopada 2014

Podziabano mi żeberka

Mansarda-studio tatuażu 
i piercingu w Olsztynie
Marcin Kaminsky
Jak obiecałam tak robię-dziś opis mojego pierwszego tatuażu, na który czekałam jakieś 10 lat.

Dawno temu, jeszcze za czasów starego bloga, pisałam kiedyś o znaczeniu tego tatuażu. Leniwym człowiekiem jestem, nie chce mi się powtarzać, więc nadmienię jedynie, że ma dla mnie ogromne znaczenie zarówno pod względem osobowości, psychiki, jak i więzi z pewną kobietą.

Poszukiwania trwały bardzo, ale to bardzo długo. Na początku chciałam dziabać się w Szczytnie, potem pisałam do trzech (albo i czterech) salonów w Olsztynie i do samego końca nie byłam pewna, czy dobrze trafiłam. Na szczęście, nie ''sparzyłam'' się. :)

Do Mansardy zawitałam tylko dwa razy-pierwszy, by umówić się na termin, obgadać szczegóły i poradzić się a propos wzoru, i drugi-już na samo dziabanie. Tutaj miałam o tyle dobrze, że sprawnie można było porozumieć się drogą mailową-odpowiedzi przychodziły naprawdę szybko, więc na bieżąco ustalaliśmy wszystkie istotne sprawy.

Wzór miałam przygotowany już dawno, dawno temu, jednak cały czas nie byłam do niego przekonana-wydawał mi się zbyt przesadzony, a jednocześnie mało oryginalny. Dokładnie tydzień przed ostatecznym terminem zmieniłam napis radykalnie i po zatwierdzeniu byłam pewna, że nie będę go później żałować.

Nad miejscem również myślałam bardzo, bardzo długo. Początkowo miało to być podbrzusze. Potem stwierdziłam, że to jednak trochę ''niestrategiczne'' miejsce i myślałam nad nadgarskiem, który z kolei wydał mi się bardzo oklepany. Było też przedramię, plecy i chyba jeszcze dekolt. Ostatecznie ustało na żebrach.

Tatuaż miałam robiony jakoś w okolicach października/listopada, chyba rok temu. Pamiętam, że do Olsztyna pojechaliśmy z Kotem dużo wcześniej, kupiliśmy po drodze słodkie rogaliki, żeby zagłuszyć mój stres i mniej więcej, koło 16:00 poszliśmy do studia. Czekaliśmy na kalkę, przeglądając w międzyczasie wzory tatuaży, a ja myślałam, że serce mi z nerwów wyskoczy w cholerę-naczytałam się, że wspomniane żebra to jedno z najbardziej bolesnych miejsc. Po nałożeniu kalki położyłam się i czekałam na pierwsze ukłucie. Ręcę drżały mi, jakbym miała Parkinsona. Ale po pierwszym dziabnięciu naprawdę mi ulżyło.

Nie wierzcie tym wszystkim internetowym forom. Po tym, co czytałam, spodziewałam się, nie wiem, bólu jak przy torturach, czy coś. Pierwsze pół godziny wręcz mnie łaskotały i zaczęło mi się podobać. Poza tym w studiu leciała bardzo przyjemna muzyka. Do tej pory pamiętam, że nuciłam sobie pod nosem coś z Sempiternal.

tutaj zdjęcie robione zaraz po zagojeniu.

Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, ale cały proces tatuowania minął w milczeniu. Z perspektywy czasu myślę, że i tak byłam zbyt zdenerwowana, by rozmawiać, choć może mniej myślałabym o bólu, który stawał się coraz mocniejszy w okolicach moich wystających kości.

z kolei tutaj po roku. wiadomo, tatuaże bledną, więc trzeba go będzie poprawić za kilka lat.

Robienie tatuażu trwało dwie godziny-Marcin był bardzo, ale to bardzo dokładny. Co prawda ostatni wyraz jest wykonany inaczej niż na projekcie (tam był poszarpany, u mnie jest gładki), ale zawsze można to poprawić. W sumie zauważyłam to dopiero po powrocie do domu.

najsmutniej mi jednak z powodu ''spranej'' czerwieni, którą obecnie niewtajemniczeni nazywają ''kropkami''. :P

W każdym razie, na pewno mogę podziękować za dobre wrażenia i delikatność-gdyby żebra cały czas nawalały mnie tak, jak po półtorej godzinie tatuowania, nie wiem, czy szybko zdecydowałabym się na kolejny raz. :D
Tymczasem dzięki pozbawieniu mnie tatuażowej traumy, niedługo będę się umawiać na trzeci tatuaż, któremu w tej chwili nie towarzyszy już stres, a podekscytowanie i uwielbienie zapachu każdego studia. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Problemy, sugestie?