poniedziałek, 22 czerwca 2015

Orange Warsaw Festival, dzień 3-wrażenia.

Yay. To już tydzień po OWF. Nawet nie wiem, kiedy mi ten czas zleciał. Praktycznie aż do czerwca zastanawiałam się, czy jest sens jechać... Było warto? Zaraz się okaże.
Ci, którzy śledzili na bieżąco poczynania organizatorów na pewno natknęli się na oszustwo w związku z biletami. O co chodziło? Już tłumaczę. 
Każdy szanujący się festiwal/gig/koncert wypuszcza parę puli biletów. Zazwyczaj 3. Co za tym idzie, najbezpieczniej kupić wejściówki jak najszybciej, bo im bliżej wydarzenia-tym więcej się płaci. I jest to normalne posunięcie-biletów jest coraz mniej, więc szybko zyskują na wartości. 
Z tym, że OWF zrobiło zupełnie na odwrót. 
Kupiłam bilet parę miesięcy przed festiwalem, bo sądziłam, że gdy Muse ogłoszono jednym z headlinerów możemy spodziewać się kolejnych wielkich nazw, dla których warto będzie przejechać ponad 200 km. No i oczywiście bałam się, że w związku z tym szybko zabraknie wejściówek. Zapłaciłam 187 zł ze względu na to, że Orange wypuściło promocję dla klientów, która upoważniała ich do skorzystania z 15% zniżki. Czyli normalnie zapłaciłabym 220 zł. Byłam zadowolona jak cholera. Co prawda żałowałam, że nie mogę sobie pozwolić na karnet, który kosztował bodajże ok 500 zł, ale i tak byłam szczęśliwa że dorwałam ''taką okazję''.
Mój entuzjazm znacznie opadł, gdy dwa tygodnie przed OWF na facebooku została umieszczona informacja o ''specjalnej promocji'' (choć ponoć zniżka dla klientów Orange miała być ostatnią gratką dla festiwalowiczów), dzięki której bilety były dostępne już od 50 zł (!). Początkowo wszyscy myśleli, że dotyczy to tylko najmłodszych uczestników. Jednak szybko okazało się, że nie mieliśmy racji-bilety zaczęto sprzedawać po ok. stówie. 
Czemu tak strasznie mnie to boli? Bo:
1. Okazało się, że zniżka dla klientów miała funkcjonować tylko do końca maja, a okazało się, że jest dostępna do końca czerwca;
2. Bo przepłaciłam 94 zł (choć ja i tak byłam w dobrej sytuacji, bo co mają powiedzieć ludzie, którzy przepłacili parę stów na karnetach...);
3. Bo dowiedziałam się, że karnety zaczęto sprzedawać za 235 zł. Czyli dołożyłabym niecałe 5 dych i byłabym na całym festiwalu, a nie na jednym dniu.
Czyli ogólnie chujnia.


Po całym tym wydarzeniu odechciało mi się iść na koncert. Ale nawet gdybym faktycznie chciała zrezygnować i sprzedać bilet, tak czy inaczej byłabym stratna. Więc jedyne, co mi zostało, to doprowadzenie tego do końca.

♥ Piątek ♥
Od rana trzymały mnie nerwy związane z niekończącym się zleceniem i samym wyjazdem. Chwała szczycieńskim barom, bo ostatecznie miałam ochotę zakopać się gdzieś pod drzewem i nie wychodzić, póki sytuacja się nie unormuje. Ten dzień był naprawdę hołdem dla mojego pecha-najpierw problem z dojazdem do Szczytna, potem z rekwizytami do sesji, po drodze zgubiłam wianek, zdarłam stopy w niewygodnych butach i dokańczałam swoją pracę. Zastanawiałam się, czy autobus w ogóle dojedzie, skoro cały dzień nic nie jest takie, jak być powinno. Autobus się spóźnił, w Warszawie złapała nas burza, więc na miejsce dotarliśmy przemoczeni + ja wystraszona jak kot. Nienawidzę burzy. Limit pecha się wyczerpał.

♥ Sobota ♥
Dzień zaczął się o niebo lepiej, niż poprzedni, mimo mojego niewyspania. Od rana chodziłam zdenerwowana, bo poprzedniego dnia nie miałam czasu na ogarnięcie szczegółów związanych ze zdjęciami. Ostatecznie zaplanowaliśmy sobie drogę, po czym Kot włączył mi youtube'owy fail compilation, żebym nie myślała już o tym, jak bardzo moje wnętrzności dają mi do odczucia czym jest stres. 
Jednak apogeum nadeszło w momencie, gdy przestaliśmy ogarniać drogę. Do tej pory nie rozumiem, dlaczego na przystanku po lewej stronie jest rozkład jazdy dla autobusu jadącego po przeciwnej stronie jezdni. I dlaczego na blokach nie ma wielkich napisów, jak w Szczytnie czy Olsztynie. Cały makijaż zdążył mi spłynąć, a ja odkryłam parę nowych przekleństw, gdy uświadomiłam sobie, że się spóźnimy.
O samej sesji nie będę dziś pisać-jak dostanę zdjęcia, będzie im poświęcona cała oddzielna notka. Pozostawię Was w słodkiej niewiedzy co i jak.
Wieczór był już znacznie spokojniejszy, stres mnie opuścił, zjedliśmy kolację i poszliśmy spać.

♥ Niedziela ♥
I w końcu najistotniejszy dzień. Wbrew pozorom był chyba najspokojniejszym ze wszystkich. Rano wybraliśmy się nad jezioro, potem do Maca i wszystko szło zgodnie z planem. Co prawda zastanawiałam się, czy po wczorajszych problemach dojedziemy na Służewiec, ale okazało się, że droga jest banalnie prosta, a festiwalowy gwar słychać już parę kilometrów przed samym Torem. Zdecydowaliśmy, że przejdziemy te 2 km piechotą. W sumie nie wiedzieliśmy gdzie iść, więc zdaliśmy się na ludzi. Chwała, że nie robili po drodze zakupów w Biedrze, lol.
Wszystko w sumie poszło płynnie i bez opóźnień. Obiekt okazał się być jeszcze większy, niż w moich wyobrażeniach, więc zaczęliśmy się rozglądać, co gdzie jest. W miarę szybko odszukaliśmy busy z napojami i ulokowaliśmy się w cieniu, by oddać się tytoniowej uciesze. Przy okazji dostaliśmy wejściówki do strefy Marlboro. Pozdrawiam Panie, które zachwycały się moimi tatuażami. :)
Głód szybko dał o sobie znać. Postanowiliśmy poszukać interesujących nas specyfików. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na jeden z obiektów, po czym ustaliśmy w kolejce. Niestety czas oczekiwania okazał się niepoważnie długi i spóźniliśmy się nieco na pierwszy z zespołów, na jaki chciałam iść, Bastille. W końcu dostaliśmy swoje burżujskie kanapki (15 zł/szt [*]) i udaliśmy się w kierunku sceny. Cieszę się niemiłosiernie, że w trakcie mojej konsumpcji grali utwory z nowej płyty, której jeszcze nie przesłuchałam. Ciężko by mi było jeść i śpiewać jednocześnie.
Koncert okazał się być perfekcyjny. Mimo tego, że stałam kawał od sceny widziałam prawie wszystko, a i ekrany ułatwiły nieco obserwowanie grupy. Chłopaki zagrali swoje największe hiciory, więc wyśpiewałam się za wszystkie czasy. Ale co najważniejsze-nagłośnienie-spełniło moje wszystkie wymagania. Sceny nie zagłuszały się nawzajem, wszystko było wyraźne, żaden instrument nie pozostawał w tyle-a to naprawdę rzadkość w Warszawie. Jedyne, co po jakimś czasie zaczęło mnie irytować to muzyka z foodtrucków... :)
No ale, wracając do tematu-opuściłam niestety swoje ukochane ''Things we lost in the fire'', ale doczekałam się rekompensaty w postaci ''Bad Blood'', czy ''The Draw'', którego nie spodziewałam się usłyszeć. Poczułam ciary na całym ciele i autentycznie zaczęły mi się pocić oczy. Uch, to był piękny moment.

to chyba było robione na ''The Draw''. 

Cały Służewiec oszalał w momencie zagrania covera ''Of the night''. Śpiewali wszyscy-łącznie ze mną. I mimo tego, że lepiej idzie mi pogo, niż taniec, nie byłam w stanie powstrzymać się przed wygibaskami. Ba, pozdrawiam chłopaka w białym luźnym topie, który na ''Icarus'' tańczył lepiej ode mnie.

Pierwszym koncertem byłam zachwycona. Okazało się, że Bastille na żywo brzmią jeszcze lepiej, niż w wersjach studyjnych, a Dan jest niesamowicie charyzmatyczny. Jego głos dosłownie przenikał przez wszystkie komórki mojego organizmu. I te bębny... ♥
Po gigu mieliśmy mnóstwo czasu wolnego, bo kolejny interesujący nas zespół miał zagrać dopiero o 22:00 (dla niezorientowanych, musieliśmy zrobić coś ze sobą przez ok 2h). Niestety, powoli zaczęła łapać mnie migrena, z którą ni cholery nie mogłam sobie poradzić. Upał też nie polepszał mojego samopoczucia. Postanowiliśmy poszukać strefy Marlboro, o której wspominałam wcześniej.
Kurczę, okazało się, że to super sprawa. Poczęstowano nas papierosami z serii, która dopiero wchodzi na rynek. I tak, jak nie przepadam za mentolami, tak te były autentycznie pyszne.


Kot skorzystał również z okazji przetestowania symulatora kolejki górskiej. Ależ ja się z niego naśmiałam. :) Planowaliśmy również polatać w tunelu aerodynamicznym, ale moja głowa zaczęła się buntować i idąc tokiem myślenia mojej babci (boli bo jesteś głodna), poszliśmy po fryty, po czym kierowaliśmy się w stronę Rochstar Stage, gdzie zaraz miał zagrać Parkway Drive.
Okazało się, że metalcore jest lekiem na ból głowy i z minuty na minutę czułam się coraz lepiej. Wcześniej znałam tak naprawdę tylko jeden utwór zespołu, więc pełniłam przy Kocie funkcję dekoracyjną, jednak muszę przyznać, że chłopaki dają radę. 

fajnie, jak podczas koncertu zaczynasz lubić zespół. <źródło>

Świetna energia, chwytliwe riffy i bardzo fajna atmosfera. Niestety, organizatorzy strasznie spieprzyli program trzeciego dnia, bo koncert PD zaczynał się o 22:00, a Muse wchodziło na scenę już o 22:30... Oczywiście chciałam by Kot, który głównie na ten koncert przyszedł, został na gigu, a ja sama pójdę na Muse, ale moja propozycja została odrzucona i po 40 minutach ruszyliśmy pod inną scenę.
Zaczęło robić się bardzo tłoczno. Szybko uświadomiłam sobie, że nie będę w stanie zobaczyć nawet skrawka sceny. Miałam świadomość tego, że 90% ludzi przyszło właśnie na Muse, jednak mimo wszystko sądziłam, że będę stała w troszkę bardziej dogodnym miejscu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo się mylę :D
Nigdy nie zrozumiem 2 metrowych facetów, którzy pchają się przed dziewczynki o wzroście 160 cm i zasłaniają wszystko, co tylko są w stanie zasłonić, ale widocznie to powszechny gatunek, bo wszyscy zachowują się tak samo. 
Muse weszło na scenę z dosłownie kilkuminutowym opóźnieniem. Pierwszy z głośników poleciał ''Psycho'' z charakterystycznymi gitarami. Super pomysłem były kartki z napisami ''My ass belongs to Muse now'', inspirowane refrenem piosenki. Moje samopoczucie było jednak bardzo kiepskie, bo pomijając to, że nie widziałam sceny, przez 90% czasu nie widziałam nawet skrawka ogromnych ekranów. Jedyne, co mi pozostało, to słuchać i liczyć na to, że czasem coś dojrzę. 
Zapewne teraz każdy, kto tam był, zje mnie za to stwierdzenie, ale nieco lepiej bawiłam się na Bastille, niż Muse, a byłam pewna, że będzie na odwrót. I nie chodzi tylko o to, że byliśmy ściśnięci jak sardynki, czy o wspomniane utrudnienia ''widokowe'', ale im dalej od sceny, tym bardziej ''stypowaty'' nastrój. Mam wrażenie, że byłam jedną z nielicznych osób, które wykazywały jakąkolwiek aktywność, czy cień uśmiechu. 
Uparcie czekałam na ''Dead Inside'', który jest moim ulubionym utworem z ''Drones''. Po jednej z piosenek coś w końcu się ruszyło. Publiczność odśpiewała wokaliście szumne ''Happy birthday'', które zaowocowało przekochanym ''Dzięki wielkie'' z ust Matta. 

tu jest to ładnie pokazane. :) <źródło>

I wtedy doczekałam się swojej piosenki. Potem poleciały starsze hiciory w postaci ''Supermassive Black Hole'', ''Time is running out'', czy ''Starlight'', na którym nie obyło się bez charakterystycznego klaskania w rytm bębnów. 

miejcie świadomość tego, że nawet ten kadr nie pokazuje, gdzie mogłam stać...  <źródło>

Za to gwiazdą repertuaru okazało się ''Mercy'', podczas którego doszło do ''wybuchu'' serpentyn. To była przepiękna inicjatywa, idealny moment, w ogóle-och i ach.

mówię o momencie z 3:06 ♥ <źródło>

W momencie, gdy koncert wyglądał na zakończony i ludzie zaczęli wychodzić, szepnęłam tylko do Kota, by poczekał dosłownie minutę. Koncertowe doświadczenie i kobieca intuicja podpowiedziały mi, że skoro Muse kończy nie tylko trzeci dzień, ale i cały festiwal, na pewno wyjdą na bis. Chwała, że nie wszyscy o tym wiedzieli, bo dzięki temu zrobiło się trochę luźniej i nawet zaczęłam dostrzegać kawałek sceny. 

zdjęcie idealnie pokazuje ile tam było ludzi... <źródło>

Oczywiście nie myliłam się-Muse wróciło z ''Knights of Cydonia'' i ''Uprising'', którego również nie spodziewałam się usłyszeć. Zagrali jeszcze parę utworów, po czym, kawałek po północy, opuściliśmy teren festiwalu-zmasakrowani, ztetrisowani, ale w dobrych nastrojach.
Powrót był przekochany, bo nagle całe metro zapełniło się festiwalowiczami i każdy był do każdego przytulony. Na dworcu musieliśmy poczekać chyba ok. godzinę na autobus, w tym czasie przytyliśmy kolejne 500 kilo zajadając się batonami i szukając darmowego fifirifi. 
Droga dłużyła się niemiłosiernie, ale w końcu, w okolicach 2:00 w nocy powolutku, spacerkiem, człapaliśmy w stronę mieszkania, rozkminiając o Legii i takich tam.

♥ Podsumowanie ♥
Ostatecznie nie żałuję wydanych pieniędzy. Zobaczyłam dwa ulubione zespoły, odhaczyłam kolejne noworoczne postanowienie i spędziłam fajny czas z Kotem, królikiem i warszawskimi diabełkami. 
Niestety, nie wiem, czy byłabym skłonna jechać na OWF za rok. Prawdę mówiąc, myślę że to był ostatni raz i festiwal w końcu upadnie, jeśli nie zmienią organizatora.
Jeśli mnie widzieliście, a nie podeszliście, luzik, to na pewno nie ostatni raz w stolicy! :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Problemy, sugestie?