wtorek, 1 sierpnia 2017

Mini urlop-Mazury takie piękne!

No nie wierzę, że minął prawie rok od ostatniego posta. Naprawdę zatęskniło mi się za tym miejscem. Zrobiłam porządek, pousuwałam notki, które nijak miały się do tego, co zwykłam tu wstawiać i zwyczajnie na świecie zaczęłam wspominać dawne czasy. Aż mam ochotę samą siebie ukarać za to, że nie pisałam o tych wszystkich fantastycznych rzeczach, jakie przeżyłam w ostatnich miesiącach. Na przykład o hamburgerach na dzisiejszy obiad.

Wybaczcie tę nieobecność. Chcę to nadrobić i nie wracać, do tego co było. No, może odrobinę.

Zauważyłam, że zwykłam pisać tu o wyjazdach, koncertach i filozofować na temat wpływu masła orzechowego na ruch obrotowy Ziemi. Zaczęłam się zastanawiać-co fajnego wydarzyło mi się ostatnio, co szczegółowo pamiętam, i do czego chętnie wrócę za kilka miesięcy? Mam! Mini urlop w lipcu!

Jako że życie strasznie mi się pokręciło w tym roku, nadszedł czas na ogromne zmiany. Praca, mieszkanie, rzucenie się na głęboką wodę w walce z S., który od kilku miesięcy siedzi w klatce i nie ma zamiaru wyjść. Czuję, że w końcu coś mi się udało. Nareszcie mam władzę nad swoim umysłem i codzienną rutyną. Kocham tę rutynę. No, może poza sprzątaniem w mieszkaniu. Mojego lokatora chętnie wywaliłabym przez okno.

Do rzeczy.

Nadchodzi powoli czas urlopu. Muszę poczekać na niego jeszcze dwa tygodnie, ale przedsmak miałam całkiem niedawno. Wybraliśmy się z moimi przyjaciółmi na kilka dni do Rucianego (pamiętam, Basiak!). Co prawda początkowo mieliśmy jechać w innym składzie, ale fuck it, było świetnie.
Znalezienie domku graniczyło z cudem-praktycznie każdy w okresie letnim wynajmował na tygodnie, a nie weekendy, a i o wolne miejsce było bardzo ciężko. Jednak ja i moje wytrwałe poszukiwania na Olx opłaciły się-dwa tygodnie przed planowanym terminem udało mi się wyrwać uroczy, trzyosobowy pokój na piętrze.
Zaraz po pracy pojechałam do domu rodzinnego, co by naładować nieco baterie i zaskoczyć dziadka obecnością w dniu urodzin. Naprawdę uwielbiam przyjeżdżać w te okolice. Z dala od zgiełku miasta, w tereny gdzie słyszysz dopalanego papierosa i szum drzew. Popołudnie minęło w przyjemnej, leniwej atmosferze.
Jak ja się wtedy wyspałam! Wypiłam z babcią poranną kawę, pobawiłam się z psem i rozwiązywałam łamigłówki, zajadając pierożki.

-ile chcesz?
-dwa.
-no to masz pięć.

W międzyczasie przyjechała W. z mężem i niedługo potem ruszyliśmy w trasę. Droga minęła bez komplikacji. Po zakwaterowaniu się ruszyliśmy w poszukiwaniu jedzenia. Stanęło, tradycyjnie na pizzy. Nie pytajcie mnie o nazwę restauracji. Byłam zbyt głodna, by pamiętać. 

Pogoda niestety nie dopisywała, cały dzień było pochmurno i nieco chłodno. Nie zniechęciło nas to jednak do spaceru między wystawami:


Boże, te wszystkie cudne stateczki! <3

Nigdzie nam się nie spieszyło, rozglądaliśmy się leniwie w poszukiwaniu atrakcji. Jak się okazało, trzyletnia Maja jest w tym mistrzynią i zaraz znaleźliśmy się na dmuchanym placu zabaw. Buk mi świadkiem, że chciałam tam wejść. Bezsensowne ograniczenia wiekowe. Pomarudziłam chwilę i zdecydowaliśmy się pójść na lody.


W międzyczasie zahaczyliśmy o namiot z książkami i filmami za grosze, by potem skierować się w stronę portu-przecież być w Rucianym i nie pływać statkiem to grzech!



Rejs trwał godzinę i tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że w poprzednim wcieleniu byłam piratem. Albo chociaż, nie wiem, majtkiem. Nigdy nie byłam spokojniejsza. No, może poza momentem, gdy przytulałam takiego jednego.

zakaz używania fidget spinnerów



Dzień był oszczędny w atrakcje, ale bardzo owocny. Dość szybko zasnęliśmy.
Kolejnego dnia pogoda była fantastyczna-słoneczko, ciepełko-wszystko, czego trzeba na urlopie. 



Wstaliśmy dość wcześnie. Po lekkim śniadaniu pojechaliśmy do Kadzidłowa-parku dzikich zwierząt. Kupiliśmy bilety i cierpliwie czekaliśmy na swoją grupę. W międzyczasie zaprzyjaźniałam się z jednym z psiaków. W końcu ruszyliśmy w teren. Jako, że zrobiło się naprawdę gorąco (bynajmniej nie ze względu na przystojnego przewodnika), postanowiłam, że nie będę osaczać zwierząt tak bardzo, jak robiła to reszta zwiedzających. Można było się nacieszyć samym widokiem.

(nie będę wstawiała pierdyliarda zdjęć, bo nie ma sensu) 

ta minka <3 



ctrl + c ctrl + v :D

Ekscytowałam się chyba bardziej niż Maja, szczególnie gdy zwierzaki same podchodziły i nadstawiały pyszczek. Od kóz uciekałam. 
Niestety nie udało mi się zrobić zdjęć Pawłowi, Ryszardowi i wilkom.

Ale i tak byłam przeszczęśliwa.

Po wizycie w Kadzidłowie, ruszyliśmy na Mikołajki-potrzeba nam było odetchnąć na basenie w ten upalny poranek. 
Po kąpieli i saunie (fuck logic) Maja znalazła nam kolejny plac zabaw, co zaowocowało ponownym wybuchem mojej radości. 








A potem było tylko słychać moje ''nie wiem co to jest, ale chcę tam wleźć''. No i poszliśmy.




Okazało się, że to tor saneczkowy. Zjazd w wybranej przez siebie prędkości. Z góry pięknie było widać sporą część Mikołajek. I mimo tego, że jestem raczej strachliwa, jeśli chodzi o szybkość, bawiłam się niesamowicie i na pewno jeszcze tam wrócę przy najbliższej okazji!

Ostatnim przystankiem tego dnia był Pisz-odwiedziny u mojej mamy. Tradycyjnie, poszliśmy do knajpki wrzucić coś na ząb, po czym wybraliśmy się nad jezioro.
Woda była potwornie zimna, więc ograniczyliśmy się do zjedzenia lodów i rozmów nad brzegiem.







Wróciliśmy do domu. Po przebytych kilometrach moje stopy bardzo odmawiały posłuszeństwa, więc leniuchowałam w najlepsze na kanapie.

Jak się okazało, tego dnia miał też miejsce koncert zespołu Loka, który pewnie znacie z piosenki ''Prawdziwe powietrze''. Pełni optymizmu poszliśmy na rynek. Przetańczyłyśmy z W. cover Rotary-Na jednej z dzikich plaż (obie uwielbiamy ten kawałek), ludzie ośmieleni naszymi wygłupami również ruszyli pod scenę i jakby...na tym się skończyło. Wyszliśmy z koncertu po jakichś dwudziestu minutach. Irytująca konferansjerka wokalisty, zmęczenie i średnia oprawa muzyczna sprawiła, że woleliśmy spędzić wieczór w wygodnym łóżku.
Padłam.
Ostatniego dnia zdecydowaliśmy się odwiedzić Galindię-kto był, ten wie, jakie to urocze miejsce. Mimo tego, że byłam tam tylko raz w życiu, w wieku 12 lat, zapamiętałam wszystko idealnie i robiłam nam za przewodnika.
















Pogoda znów zaczęła się psuć, i choć początkowo chcieliśmy zahaczyć jeszcze o Mrongoville (w którym byłam chyba 3 razy w życiu), zrezygnowaliśmy. Pomijając już fakt, że byliśmy totalnie spłukani. :)
Zajechaliśmy jeszcze na obiad do jednej z Mrągowskich knajpek i ruszyliśmy w stronę Olsztyna. Kochani, odwieźli mnie pod sam dom.
Mimo tego, że to było jakiś tydzień temu, już tęskni mi się za kolejnym wyjazdem. Może uda nam się znaleźć coś fajnego na sylwestra? Uwielbiam spędzać z nimi czas.
Tymczasem...Uwaga...kupiłam bilety na Czad Festiwal i jakimś cudem mamy hotel! I to nie byle jaki, bo pokoje są na poddaszu, a za hotelem rozciąga się przepiękny ogród. 
No, to z kim się widzę w Straszęcinie? :)

2 komentarze:

  1. Najważniejsze, że masz co wspominać (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, teraz w ogóle jestem na etapie robienia sobie fajnych wspomnień. :)

      Usuń

Problemy, sugestie?